„Właściwie nie znam żadnej męskiej postaci z moich kontaktów z kulturą, literaturą czy z historią naszego narodu, która by zmarła we własnym łóżku. Albo chodziła do lekarza. Prawdziwy mężczyzna przecież się nie leczy” – rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem psychoterapeutą

Zaczynamy tęsknić za tzw. prawdziwym mężczyzną?
Kto pani zdaniem za nim tęskni?

Na przykład kobiety. Niezależne, z pasjami. Szukają równie samodzielnych, zdecydowanych mężczyzn, na których mogłyby polegać, ale częściej trafiają na biernych, niepewnych siebie, którzy oczekują wsparcia i dopieszczenia. O tej tęsknocie za silnym mężczyzną opowiadała mi również Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna. Coraz więcej kobiet na jej warsztatach zwierza się, że w łóżku pragną samca alfa, a nie „misia”. Tęsknotę tę widać też w popkulturze, choćby w filmie „Zjawa”, obsypanej nagrodami, brutalnej historii o mężczyźnie, którego nic nie jest w stanie zabić, nawet wielka niedźwiedzica. Albo w sukcesie książki o fascynacji drewnem „Porąb i spal”, którą reklamuje się jako tytuł „dla prawdziwych mężczyzn”.

Bardzo mnie cieszą pani obserwacje. Przede wszystkim to, że kobiety zaczynają przyznawać się do tęsknoty za silnym mężczyzną. Bo to może oznaczać, że pojawiła się szansa na przełamanie tego kryzysu męskości, którego świadkami jesteśmy od lat. Może wreszcie z tego galimatiasu społeczno-kulturowego, w którym kobiety zdecydowanie zyskały na sile i niezależności – ekonomicznej, zawodowej, obyczajowej – a mężczyźni się zagubili, bo stary wzorzec męskości przestał obowiązywać, wyłoni się jakiś nowy typ mężczyzny, który będzie się umiał w tej nowej rzeczywistości odnaleźć.

Mężczyzny, który potrafi być i czuły, i stanowczy. Mężczyzny, który zajmie się malutkim dzieckiem i nie będzie uważał tego za niemęskie, a jednocześnie będzie umiał stanąć w obronie swojej rodziny, kiedy zajdzie taka potrzeba. Mężczyzny świadomego i pewnego swojej roli, tego, kim jest w relacji z partnerką, z dziećmi, w pracy.

Mężczyźni nie są dzisiaj tego pewni?

Wielu ma wątpliwości. Przychodzą na terapię indywidualną albo dla par i mówią na przykład: „Nie wiem, jak mam ułożyć sobie relację z moją partnerką, która więcej ode mnie zarabia, robi karierę, a mnie właśnie grozi zwolnienie” albo „Ona sobie świetnie radzi sama, nie potrzebuje mojej opieki. Do czego ja jej właściwie jestem potrzebny? Co ja mam robić w tym związku?”. Coraz więcej jest mężczyzn, którzy, jak to się brzydko mówi, siedzą w domu. Oczywiście, kobiety dobrze wiedzą, co się za tym siedzeniem kryje. Ci mężczyźni też w tym domu pracują, robią, co mogą, ale nie potrafią z tego czerpać satysfakcji.

Bo?

Bo ten stary model męskości, który dostali w spadku, podszeptuje im, że to nie tak ma być. A nowego nie ma! Rozmawiałem ostatnio z pewną kobietą, która zrobiła „badania terenowe” na placach zabaw wśród ojców opiekujących się małymi dziećmi.

Wyszło jej, że większość tych mężczyzn wstydzi się tego, że są pełnoetatowymi ojcami. Nie wchodzą w interakcje ani z innymi mężczyznami w podobnej roli, ani z matkami. Trzymają się raczej z boku, chodzą z tymi wózkami gdzieś po krzakach.

Zapytani o to mówią: „Nie ma się czym chwalić. Przecież nie będę rozmawiał z innymi mężczyznami o tym, które pieluchy są lepsze”. Brakuje im wzorców, żeby mogli się poczuć w tej sytuacji dobrze. Dumni, a nie obdarci ze swojej męskości. Do tego jeszcze część kobiet patrzy na nich z życzliwością, ale jednocześnie z pewną nutą pobłażliwości i lekceważenia, że jednak ten mężczyzna byłby więcej wart, gdyby potrafił zarobić na kogoś, kto by z tym wózkiem chodził.

Myślałam, że już to przerobiliśmy.

Na pewno znajdą się tacy ojcowie, którzy potrafią czerpać z tej roli satysfakcję, ale mam wrażenie, że to dotyczy jednak jakiejś wybranej, elitarnej grupy i że jako społeczeństwo tego jeszcze wcale nie przerobiliśmy. To miało miejsce np. w Skandynawii.

Wielu mężczyzn w Szwecji czy w Norwegii nie tylko zajmuje się dziećmi, ale również pełni inne funkcje opiekuńcze – w przedszkolach, szkołach, domach opieki, w szpitalach, jako pielęgniarze, opiekunowie. To jest normalne. Niczego im to z męskości nie ujmuje.

Niestety, u nas na taką zmianę musimy jeszcze poczekać. Bo żeby mężczyzna mógł sobie pozwolić na jakieś ciepłe uczucia, musi zdobyć najpierw poczucie siły, mieć solidny fundament. Tylko silni mężczyźni płaczą naprawdę, bo wiedzą, że mogą sobie na to pozwolić. Ci słabi chlipią po kryjomu do chusteczki.

Dlaczego u nas ta przemiana idzie jak po grudzie?

Bo bardzo się rozjeżdża z dziedzictwem męskiego etosu obowiązującego w Polsce, który ma mocne i rozległe romantyczno-katolickie korzenie. W Skandynawii nie ma takiego ciśnienia, żeby każdy mężczyzna był romantycznym bohaterem, herosem albo przynajmniej „żołnierzem wyklętym”, który będzie dokonywał czynów nadzwyczajnych, a potem umrze w chwale, najlepiej na polu walki, więc Skandynawom jest łatwiej się z kobietą dzielić i władzą, i obowiązkami.

Dziś już raczej nie ma szans, żeby polski mężczyzna zginął na polu walki.

Ale może dostać zawału, zaharowując się na śmierć.

Albo biegnąc 100 kilometrów w ultramaratonie przez Saharę.

Na przykład. Wie pani, jakiś czas temu byłem na konferencji naukowej, na której wybitni specjaliści debatowali o tym, dlaczego mężczyźni w Polsce umierają średnio o dziesięć lat wcześniej od kobiet. Przeprowadzono mnóstwo badań na ten temat, wywiadów. Teorie są różne.

A mnie na tej konferencji olśniło, że właściwie nie znam żadnej męskiej postaci z moich kontaktów z kulturą, literaturą czy z historią naszego narodu, która by zmarła we własnym łóżku. Albo chodziła do lekarza. Prawdziwy mężczyzna przecież się nie leczy. To jest niezwykle silny przekaz kulturowy, który w wielu mężczyznach wciąż dominuje. Chociaż już nie przystaje do dzisiejszych czasów.

Czytaj również: Wybieraj wystarczająco dobrze [FRAGMENTY KSIĄŻKI] 

Wydaje mi się, że dziś wiele kobiet właśnie tęskni za takim dzielnym wojownikiem w mężczyźnie.

No ale z drugiej strony to, z czym mieliśmy do czynienia w kulturze przez ostatnie 15 albo i więcej lat, to była bardzo silna presja, głównie ze strony kobiet, żeby tego wojownika w mężczyznach spacyfikować, żeby on nabrał więcej cech tradycyjnie przypisywanym kobietom: żeby był bardziej wrażliwy, empatyczny, ciepły, miękki, spolegliwy. Agresję męską już od dawna postrzega się jako coś złego. Obciachowego wręcz.

Psycholog Hanna Samson napisała kiedyś, że to, czego najbardziej potrzeba mężczyznom, to jeszcze więcej matki w nich.

A pan co uważa?

Ja jestem przekonany, że to, czego przede wszystkim potrzebują mężczyźni w Polsce, za czym tęsknią najbardziej, jest ojciec. Ten wewnętrzny, pozytywny wzorzec męskości, do którego mogą się odnieść, zwłaszcza w chwilach kryzysu, niepewności. Wzorzec, który podpowie im, jakie jest ich miejsce w związku z kobietą, w rodzinie.

Niestety, wielu mężczyzn w Polsce ma bardzo skomplikowaną historię relacji „po mieczu”. To jest często opowieść o braku ojca w życiu syna. Dziadkowie ginęli w wojnie, a jeśli nawet nie ginęli, to, jak to się mówi: nikt z wojny nie wychodzi z czystymi rękami. Potem była komuna, w której trudno było być bohaterem i wielu ludzi się po prostu podporządkowało.

Później nadszedł okres transformacji, kiedy to wielu ojców współczesnych młodych mężczyzn walczyło o to, żeby jakoś za tą transformacją nadążyć, więc z reguły ich nie było albo, jak to się mówi: „umoczyli się”, czyli niekoniecznie robili uczciwe interesy.

A to, czego mężczyzna najbardziej potrzebuje od ojca poza jego obecnością, to poczucie, że może być z niego dumny. To jest największy kapitał, jaki może dostać, i zarazem zaplecze: moralne, emocjonalne, faktograficzne i wzmacniające poczucie wartości.

Czytaj również: Ojciec, którego nigdy nie było 

Prowadzi pan z kolegami terapeutami fundację Masculinum, która działa na rzecz wspierania współczesnych mężczyzn. Co oni mówią, kiedy przychodzą do was na warsztaty?

To są właśnie najczęściej historie o jednej wielkiej nieobecności ojca. Albo dosłownej, fizycznej, bo ojciec odszedł, porzucił. Albo emocjonalnej, bo był głównie zajęty pracą lub uzależniony. Bywa też, że ci mężczyźni jako chłopcy zostali odcięci od ojców przez matki, które będąc w konflikcie ze swoimi partnerami, chciały z synów uczynić swoich zastępczych, lepszych partnerów.

Właściwie nagminnym zjawiskiem w Polsce jest to, że mężczyźni prawie nic nie wiedzą o swoich ojcach. Skąd się wzięli, jacy są, jacy byli, kiedy byli młodzi, jaka jest ich opowieść o związku, z którego począł się syn? Z czym się borykali? Czego pragnęli? Jak wyglądały ich związki z kobietami? Nic.

W pewnym badaniu, w którym zapytano i kobiety, i mężczyzn, do kogo by się zwrócili z prośbą o pomoc, gdyby byli w jakimś dużym kłopocie, tylko 14 proc. mężczyzn odpowiedziało, że do ojca.

A głównie do kogo?

Do matki, żony, siostry, przyjaciela.

Prawie same kobiety.

Z punktu widzenia psychologicznego to jest tragiczny wynik. Bo od kogo mężczyzna ma czerpać wzorzec męskości, jeśli nie od innego mężczyzny?

Zdarzają się jednak mężczyźni, którzy mimo że sami nie mają dobrego wzorca, stają się wspaniałymi ojcami dla swoich dzieci.

I super. Ale skądś te wzorce jednak muszą brać: z książek, filmów, mediów. Starają się też odpowiedzieć na jakieś oczekiwania swoich partnerek, które na przykład domagają się tego, żeby byli zaangażowanymi ojcami. Jednym słowem, klecą jakiś patchwork.

Ale jeśli nie ma się dobrego wzorca, to nie ma innego wyjścia – trzeba klecić z tego, co jest. Większość mężczyzn to robi, bo jesteśmy w sytuacji bezprecedensowej: stary model jest nieaktualny, nowego jeszcze nie ma – więc wydaje się, że mamy czas męskich „składaków”. I to fajnie, że są mężczyźni, którzy zadają sobie ten trud. Szukają.

Mnie smuci to, że z tego, co pan mówi, wielu mężczyzn buduje swoją męskość, przeglądając się w oczach kobiet, najpierw swoich matek, potem partnerek. Czego ona ode mnie chce? Jaki mam być?

Dziwi to panią? To przede wszystkim skutek nieobecności ojca oraz spowodowanej tą nieobecnością nadopiekuńczości i zaborczości matek. A nierzadko również wrogości samotnych matek do synów, które jednocześnie chcą ich do siebie przywiązać i nienawidzą ich za krzywdy wycierpiane od ich ojców.

Większość mężczyzn w Polsce jest po prostu od kobiet głęboko emocjonalnie uzależniona. Brakuje im wewnętrznego fundamentu, zasymilowanego męskiego wzorca i etosu. Czują się przez to niepewni, niedowartościowani. Skazani na łaskę i niełaskę ważnych dla nich kobiet.

Wielu z nich nie potrafi być sama

A umiejętność bycia samemu daje ogromną moc i niezależność. To jest podstawa do tego, żeby być z drugim człowiekiem nie na zasadzie „muszę z tobą być, bo jak będę sam, to zginę”. Jeśli związek z kimś ma być antidotum na lęk i poczucie pustki, to wtedy uzależnia.

Ale zanim taki mężczyzna nauczy się być sam ze sobą, ważne, żeby nauczył się być też z innymi mężczyznami, z którymi ma szansę stworzyć własne rytuały, własny etos, własną kulturę. Żeby zbudował sobie świat, który będzie niezależny od świata kobiet. Bo każdy człowiek szuka swojej tożsamości, a podstawowy składnik tej tożsamości jest związany z płcią. Nie ma się co oszukiwać.

Jakie mają potrzeby mężczyźni, których pan spotyka na terapii czy warsztatach?

To są głównie potrzeby, które oni wyparli, których nauczyli się wstydzić, ponieważ stały się niepoprawne politycznie.

Na przykład?

Potrzeba wyrażenia agresji, gniewu, zamanifestowania siły, niezależności. Wielu współczesnych mężczyzn głęboko w sobie to wszystko pochowało. Na szczęście wciąż gdzieś się tli. I o dziwo, wygląda na to, że znów robi się na to przestrzeń. Może uda się nam wspólnie, kobietom i mężczyznom, znaleźć w tym wszystkim jakiś złoty środek?

Ale co jest fajnego w agresji?

Trzeba odróżniać niekontrolowaną agresję od tej, nad którą się panuje, czyli od siły.

Uważam, że jeśli się tępi naturalną agresywność najpierw chłopców, a potem mężczyzn, która jest wbudowana w ich DNA i uruchamiana grą męskich hormonów, to się wylewa dziecko z kąpielą.

Rzecz polega nie na tym, żeby wyeliminować agresję w ogóle, bo ona jest niezbędna w życiu, tylko na tym, żeby nauczyć się jej używać. Umieć zamieniać ją w siłę, odporność, dzielność, odwagę, determinację.

Przez ostatnie prawie dwie dekady tendencja była taka, by oduczać chłopców agresji. Piętnowano ją moralnie, społecznie i obyczajowo. Więc bardzo wielu mężczyzn, ponieważ tak źle się o niej mówiło, wyeliminowało ją ze swojej świadomości. Czyli wyparło.

Co się dzieje z wypartą agresją?

Zawsze wychodzi bokiem. Na przykład w postaci niekontrolowanych wybuchów, napadów szału, przemocy, kibolskiego szowinizmu i rasizmu, hejtu w internecie, gdzie anonimowość daje jej pełne pole do popisu. Albo przybiera inne formy aspołeczne i perwersyjne. Jeśli nie da jej się uwolnić w te wszystkie destrukcyjne sposoby, to z braku innych akceptowanych form wyrazu i odreagowania często zamienia się w depresję albo autoagresję. Stąd święty greps terapeutów: „Albo ekspresja, albo depresja”.

Powiedziała pani, że są kobiety, które tęsknią za silnym mężczyzną . Ja sobie teraz myślę Być może to jest zbyt daleko posunięta interpretacja, ale może coś w tym jest. Część młodych mężczyzn też za tym ewidentnie tęskni. I z perspektywy tej tęsknoty można próbować zrozumieć wyniki ostatnich wyborów.

Co pan ma na myśli?

Platforma, mówiąc metaforycznie, była nijaka, metroseksualna, bez wyrazu, bez jaj, ot, ciepła woda w kranie. To słaba propozycja, szczególnie dla młodych mężczyzn. Oni pragnęli czegoś zupełnie przeciwnego. Z braku innych możliwości skierowali się więc ku narracji heroiczno-narodowej, ku „żołnierzom wyklętym”, powstańcom warszawskim itd.

Stąd zapewne bierze się także rosnące zainteresowanie ruchami paramilitarnymi, gwardią narodową. Ci młodzi mężczyźni nie chcą się jedynie przebierać za zarośniętych drwali, żeby zachować pozory męskości. Oni chcą w tej sprawie coś realnie zdziałać.

Tylko że to jest znowu powrót do tego starego modelu.

Dlatego mam ogromną nadzieję, że pomiędzy jednym a drugim, pomiędzy archetypiczną siłą i walecznością a uległością i wrażliwością wykluje się w końcu coś nowego.

Czytaj również: A co masz do stracenia?

Jak być z innymi mężczyznami tak, żeby móc budować w sobie ten męski fundament?

On się na pewno nie będzie tworzył przy okazji wspólnego picia czy suto zakrapianych męskich eskapad. Niestety, ze starego przepisu na męskość elementem, który najlepiej się zachował w polskiej tradycji, jest właśnie wspólne chlanie.

To tam najczęściej realizują się aspiracje do bohaterstwa, wytrwałości, odporności, np. znoszenia fizycznego cierpienia w postaci kaca. Tak fragmentarycznie realizowany model męskości przetrwał, bo od zawsze jest w naszej kulturze akceptowany, także przez kobiety. A cała reszta, czyli wszystkie cnoty rycerskie i romantyczne, gdzieś wyparowała.

Na szczęście można być z innymi mężczyznami też inaczej. Poprzez sport. Wspólne trudne i niebezpieczne wyprawy. Wspólne inicjatywy biznesowe itp. Pół roku temu na przykład razem z koleżanką terapeutką, która jest takim bieszczadzkim zwierzęciem, oraz z kolegą ratownikiem górskim zorganizowaliśmy obóz dla mężczyzn w odludnym miejscu w Bieszczadach. Przyjechało 16 facetów.

Taki survival?

Bez przesady. Tam było dość bezpiecznie. Ale ci mężczyźni sami musieli gotować dla siebie i dla innych, ogarniać różne sprawy, które na odludziu wymagały znacznie więcej wysiłku i planowania. Coś, co dla mnie jako 12-letniego harcerza było zwyczajnym doświadczeniem – wyprawy nocą po ciemnym lesie, spanie pod gołym niebem – dla tych dorosłych mężczyzn okazało się nie lada wyzwaniem i rewelacją.

Część z nich dokopała się przy tej okazji do swojego męskiego potencjału. Niektórzy się przekonali, że wcale nie są tacy słabi, tacy krusi, jak się im wydaje, że potrafią też zadbać o siebie i o innych. Kiedy siedzieli w nocy przy ognisku i słuchali wycia wilków, słyszeli w nim swoje zapomniane męskie pragnienia. Nie ma się co łudzić, że po jednym takim obozie wrócili odmienieni, ale z pewnością coś się w nich przełamało i otworzyło.

W jakim byli wieku?

Pomiędzy 35. a 45. rokiem życia. Byli w tym okresie życia męskiego, kiedy na nowo trzeba się określić, zweryfikować cele, za którymi się podążało. To tzw. kryzys wieku męskiego albo średniego. W tych Bieszczadach wśród innych mężczyzn szukali odpowiedzi na pytanie, kim naprawdę są i czego naprawdę chcą.

Jak można u chłopców budować ten dobry męski filar?

Trzeba im dostarczać takich doświadczeń, które rozwijają w nich poczucie męskości w najlepszym tego słowa rozumieniu, czyli kształtują dzielność, odwagę, wytrzymałość. To może być sport, najlepiej drużynowy. Harcerstwo, chociaż ono dziś wygląda tak, jak wygląda, bez ciepłej wody się nie obejdzie. Męskie wyprawy.

Dostarczać chłopcom takich sytuacji, które są trudne, wymagają podjęcia ryzyka albo zdecydowanego, wytrwałego dążenia do celu.

Ważna jest też praca z własnym ciałem – podnoszenie sprawności, odporności, już czysto fizycznej. No i rozwijanie umiejętności robienia czegoś własnymi rękami, a nie wyłącznie umiejętności rozglądania się za tym, co i gdzie można kupić.

Cóż jest wart mężczyzna, który, kiedy będzie miał awarię samochodu albo opona mu pójdzie, zamiast działać, zacznie płakać?

Nie musi płakać. Może zadzwonić po assistance.

Ale może też się znaleźć w sytuacji, kiedy to assistance nie będzie mogło przyjechać.

Co jeszcze?

Ważny jest kontakt chłopców z przyrodą, ze światem zwierząt. Kształcenie umiejętności bycia samcem alfa, przynajmniej wobec własnego psa, też ma znaczenie.

Tego typu doświadczenia i rytuały, niestety, są dziś w zaniku. Brakuje instytucji, które by wzmacniały takie cechy u młodych mężczyzn. Szkoła nie stawia na samodzielność, nie mówiąc o tym, że w ogóle edukacja jest bardzo sfeminizowana i raczej nastawiona na dziewczęta niż na chłopców. Już nawet po korytarzu nie można biegać, bo to niebezpieczne.

Rodzice też chuchają i dmuchają na swoje dzieci. Na podwórko: nie, bo to groźne. Do sklepu przez ulicę: nie, bo cię coś przejedzie itd. Cała kultura wychowania dzieci jest dziś szalenie nadopiekuńcza, do tego stopnia, że pojawiają się takie absurdy, jak kaski dla niemowlaków, które zaczynają uczyć się chodzić. I skąd to dziecko ma wiedzieć, że kontakt z rzeczywistością może zaboleć? Jak ma się nauczyć, jak sobie z tym poradzić?

Brakuje okazji do hartowania?

Ciała i ducha. Bardzo brakuje. Młodzi mężczyźni na przykład nie idą już do wojska. Z jednej strony może to i dobrze, ale z drugiej Wojsko było, jakie było, ale stanowiło również okazję do tego, żeby sobie poradzić z trudną, idiotyczną wręcz sytuacją. Jakoś spróbować zachować swoją godność, swoją indywidualność w tej autorytarnej, absurdalnej strukturze. Mimo wszystkich minusów to było potężne, formujące młodych mężczyzn doświadczenie.

Ten brak okazji do hartowania najbardziej uderza w chłopców?

Na to wygląda. Bo paradoks polega na tym, że dziewczyny sobie jakoś radzą i wiele z nich próbuje dziś budować w sobie męskie kompetencje: uczą się walczyć, posługiwać narzędziami, budują, konstruują, projektują. Kompensują brak tych kompetencji u swoich chłopców. To jest fantastyczne, tylko gdzie w tym wszystkim mają być ci przyszli mężczyźni?

Czasem się przyglądam takim młodym parom na ulicy. Dziewczyny idą sprężystym krokiem, pewne siebie, wyprostowane, z głową podniesioną, a obok nich niepewnie kroczą wychuchani, cherlawi chłopcy, którzy wyglądają jak jakiś dodatek do tych rozhuśtanych dziewczyn.

Może to wszystko zmierza w tym kierunku, że obie płcie będą się do siebie upodabniać?

W tym akurat nie ma nic złego. Chodzi tylko o to, żeby mężczyźni nie zatracili też swojej męskiej siły, energii. Ojcowie i matki, którzy dziś wychowują swoich synów, powinni o tym pamiętać, że dostęp i pielęgnowanie tego źródła męskiej siły jest szalenie ważne.

I są takie mądre matki, na przykład samodzielnie wychowujące synów, które się starają ich odpępawiać od siebie.

Wypychają ich do środowisk, w których ci chłopcy mogą się hartować, spotkać jakieś męskie autorytety, zamiast sączyć im do ucha komunikaty w stylu: „Synku, nie wychodź z domu, bo coś ci się stanie i co ja bez ciebie zrobię”.

Czytaj również: Dobry ojciec to taki, który

Profesor Philip Zimbardo w książce „Gdzie ci mężczyźni?” pisze o tym, że dziś wielu amerykańskich młodych mężczyzn ucieka w świat wirtualny, bo nie umieją się odnaleźć w świecie silnych kobiet. Oni na wejściu się poddają. Są bierni.

A w internecie kompensują swoje poczucie zagubienia i nieadekwatności. W świecie wirtualnym znacznie łatwiej im uzyskać wszystkie te męskie satysfakcje, poczuć swoją moc, zostać bohaterem. Nikt tego nie może podważyć, nikt tego nie wyśmieje. Śmierć właściwie nie istnieje, wciąż można się odradzać na nowo, wszelkie błędy można naprawiać, nie ponosi się żadnych konsekwencji. W prawdziwym życiu jest znacznie trudniej. Dlatego internet jest tak niesłychanie wciągający i atrakcyjny. Łatwo o nagrodę przy dużym poczuciu bezpieczeństwa.

Jedną ze swoich książek poświęconych męskości zadedykował pan Grekowi Zorbie. Zaskoczyła mnie ta dedykacja. To dla pana mężczyzna idealny?

Może nie idealny, bo nie ma takich. Ale podoba mi się w nim kilka rzeczy.

Po pierwsze, Grek Zorba fantastycznie podszedł do katastrofy. Wymyślił interes, który miał przynieść pieniądze, ale mimo jego ogromnej determinacji nie wypalił. Zrobił wszystko, żeby się udało, ale się nie udało. Mimo to nie załamał się, nie popadł w rozpacz. Tylko zatańczył. Człowiek, który potrafi z taką otwartością podejść do porażki, to jest klasa.

Po drugie, był niezależny, potrafił przełamać tabu. Wspierał pewną młodą wdowę, namawiał ją, żeby nie rezygnowała z życia, chociaż społeczność, w której żyła, nakazywała taką rezygnację. Miał odwagę przeciwstawić się wszystkim.

No i po trzecie, to myśl, którą Zorba przemycił odnośnie do wychowania chłopców: „Zanim dasz mężczyźnie do ręki broń, naucz go tańczyć”.

Co to właściwie znaczy?

Zanim dasz mężczyźnie do ręki coś, co zagraża życiu, naucz go to życie kochać. To jest według mnie kwintesencja zrównoważonej męskości. Taki mężczyzna jest silny, niezależny, optymistyczny i wrażliwy. Kocha życie, ale jednocześnie, kiedy zajdzie taka potrzeba, potrafi użyć swojej siły i odwagi.

Rozmawiała Agnieszka Jucewicz, źródło www.wysokieobcasy.pl
Ilustracja Jan Różański