Ile głuchy może wiedzieć o dźwiękach? Tyle co ślepy o kolorach? Fakt, mówi się, że ze ślepym o kolorach dogadać się nie idzie. Nie oznacza to jednak, że niewidomi ich nie „widzą”. Dla opisu swojego postrzegania posługują się po prostu innym językiem niż osoby widzące normalnie. Spróbuję przekazać, że z głuchotą i słyszeniem jest podobnie. Zapraszam w podróż po krainie dźwięków których nie słychać…

Niedosłyszę odkąd pamiętam. W wyniku komplikacji okołoporodowych, uszkodzeniu uległy moje obie trąbki Eustachiusza i różnego rodzaju płyny zamiast spływać do gardła, zalegały w uszach. Większość komórek składających się na kosteczki słuchowe (w uchu środkowym), w mgnieniu oka, potonęło w żółtawej mieszance. Później ktoś wpadł na pomysł, żeby to wszystko wylać na zewnątrz przez specjalne, ledwie wtedy znane, dreny. Coś jak tunele, tylko, że na błonach bębenkowych. W wieku siedmiu lat miałem na koncie trzy operacje i zakaz nurkowania. Co za mordęga pluskać się w wodzie nie mocząc głowy! „Dziury w uszach” nosiłem wiele lat, zapalenie ucha robiło mi się raz na miesiąc i nie było kolorowo. Przestałem jednak głuchnąć, nie imały się mnie najmniejsze zmiany ciśnień, ba – potrafiłem gwizdać uszami! Można powiedzieć: coś za coś.

W międzyczasie pojawiły się aparaty słuchowe. Ah, jakże dziękuję technice za jej dwudziestowieczne osiągnięcia! Pamiętam jak dziś, pierwsze wyraźnie usłyszane dźwięki: ostre, cierpkie, elektryczne. Stukanie mebli, szelest papierów w tle i głos specjalisty audiologa: Jak teraz słyszysz?

Słyszałem świetnie, ale na swoje nieszczęście szybko nabawiłem się kompleksów i niejako w ramach buntu przeciwko własnej wadzie, zamiast nosić oba aparaty naraz, nosiłem jeden. W dwóch czułem się po prostu jak radar. Wyrosłem z tego irracjonalnego myślenia dopiero w wieku 20 lat kiedy ostatecznie pogodziłem się z głuchotą, aparatami i sobą samym.

Cisza

Przez wiele lat wydawało mi się, że zasypiam w ciszy. Cisza to brak dźwięku. Oznacza stan rzeczy kiedy nic nie słychać. Czasem używamy tego słowa w opozycji do słowa hałas. Kiedy zdejmuję aparaty słuchowe i kładę się do łóżka, nie słyszę głosów ludzi, jeżdżących samochodów albo tykania zegara. Nie słyszę nic – cisza. Z biegiem lat odkryłem jednak, że cisza to jedynie abstrakcyjne pojęcie, tak jak „nic”. Kiedy mówimy nic, mamy na myśli taki brak czegokolwiek, że samo nazwanie tego niczym jest już nadawaniem temu formy, określenia, a jego znaczenie nabiera sens tylko wtedy kiedy ma swoje przeciwieństwo np. wszystko – kolejna abstrakcja. To słowa, które służą jedynie językowi. Doświadczenie pokazuje, że cisza jako taka nie istnieje. Bez aparatów na uszach (np. w czasie zasypiania) słyszę sporadyczne piski i niskoczęstotliwościowe buczenia. Słyszę je tylko ja, bo pochodzą z wnętrza mojej głowy. To tak zwane szumy uszne. Ich źródło jest różnorakie: mogą się pojawić po doświadczeniu dużego hałasu – szumy obiektywne – lub w wyniku zapalenia ucha oraz wadliwie działających nerwów i narządów słuchowych – szumy subiektywne. Często jest tak, że pochodzenie szumów nie jest do końca znane. Kiedy nie umiem fizjologicznie i racjonalnie wytłumaczyć jakiegoś zjawiska, sięgam po bardziej irracjonalne i nieco wywrotowe wyjaśnienia, z pogranicza szamanizmu i filozofii Wschodu. Może, to co słyszę w głowie to dźwięk energii? Może to jakaś przeze mnie emitowana częstotliwość? A może to swego rodzaju sygnał, braku sygnału? Tak jak buddyjska Pustka, która bynajmniej nie oznacza braku, lecz pełen potencjał, pole dla pojawienia się czegoś a nawet wszystkiego. Właśnie w ten sposób rozumiem ciszę – jako matrycę wszelkich możliwych dźwięków, które czekają na swoją formę. Bardzo często porównuję ciszę do ciemności. Bywałem w ciemnych miejscach, oczy zamykałem miliony razy i nigdy nie widziałem niczego. Zawsze jest tam coś, zawsze jest jakaś wizja. Bardzo często różne wizje zamieniają się w sny lub hipnagogi. Z ciszą jest tak samo – zawsze coś słychać, bo tak skonstruowany jest umysł – coś musi odbierać, żeby nie oszaleć. Nie zasypiam w ciszy. Zasypiam do komponowanych na żywo kołysanek!

Echo

Dziwnym, ironicznym trafem, mam całkiem dobry słuch muzyczny. W podstawówce – jak wszyscy – grałem na flecie i szło mi zadziwiająco dobrze bo potrafiłem, ze słuchu, zagrać cokolwiek usłyszałem. Grywałem na gitarze, często gram na bębnach, a parę lat temu złapałem bakcyla na kolekcjonowanie instrumentów etnicznych. Potrafię zagrać na różnego rodzaju drumlach, okarynach i kalimbach. Najnowszym i zarazem najtrudniejszym instrumentem, który może będzie mi dane opanować, jest didgeridoo. Mam jakąś wrodzoną smykałkę do operowania tonacją i niezłą wyobraźnię muzyczną. Niedawno odkryłem, że może się to wiązać z czymś co fachowo nazywa się echolalią. Jest to zjawisko psychiczne, polegające na nieświadomym i przypadkowym powtarzaniu zasłyszanych słów lub dźwięków. Jest przypadłością o podłożu neurologicznym i kojarzy się je ze spektrum autyzmu. Mam podobną przypadłość, tyle, że pochodzi ona z psychiki i jest nerwicą. W moim przypadku, powtarzanie słów czy dźwięków, na głos lub w głowie, jest w pełni świadome, również nerwicowe i następuje od razu. Mam czasami nieodpartą potrzebę odtworzenia w głowie usłyszanego dźwięku w najwierniejszy sposób. Często zdarza mi się usłyszeć dźwięk lub melodię, którą muszę w głowie odtwarzać, póki nie zabrzmi tak jak powinna – idealnie.

Wracając do instrumentów – jest jeden instrument, który zasługuje na osobny akapit. Będąc zafascynowany buddyzmem, trafiłem na powiązane z nim misy tybetańskie. Instrumenty te pochodzą, wbrew nazwie i powszechnemu przekonaniu, z Indii, ale robi się je także w Nepalu. Każda misa składa się ze stopu kilku do kilkunastu metali i kształtem przypomina miskę do ryżu. Dołączony jest do niej specjalny kołek owinięty z jednej strony materiałem. Owiniętą częścią kołka, pociera się po brzegach misy (identycznie jak w przypadku mokrego palca i kieliszka od wina), co wprowadza ją w drgania. Metal rezonuje z powietrzem, a z wnętrza i wokół misy wydobywa się pociągły, głęboki, lekko sinusoidalny dźwięk. Ma służyć medytacji i wprowadzaniu w zrelaksowany, głęboki stan umysłu. Kiedy gra się na kilku misach naraz, można usłyszeć – tak, nawet ja! – jak różne częstotliwości zlewają się ze sobą w zadziwiającej, matematycznej harmonii. W sposób łatwy i przyjemny, można wtedy zrozumieć fizyczną, falową naturę dźwięku. Niektóre, większe misy, są tak zrobione, żeby bardziej drgały niż buczały. Jedną z alternatywnych metod leczenia z różnych chorób ciała i ducha jest granie na misach kiedy te leżą w ustalonych miejscach na ciele pacjenta. Fantastycznych uczuć doznałem, kiedy pierwszy raz zagrał na mnie pewien szaman. Zdjąłem wtedy aparaty słuchowe, żeby lepiej czuć wibracje mis. Słyszałem i czułem rozchodzące się w moim ciele dźwięki trzech mis jednocześnie. W środku czułem się całkowicie pusty, a dźwięki zdawały się być jedynymi zjawiskami zachodzącymi w moim ciele. Były jak świetliste węże wypełniające ciemność.

A teraz uwaga! Dźwięk misy, słyszę tak samo dobrze z aparatami w uszach jak i bez nich! Jakiż był mój zachwyt kiedy usłyszałem coś tak dobrze, bez żadnego wspomagania. Zacząłem się tym tematem interesować i wysnułem następującą koncepcję – misy wibrują na częstotliwościach rezonujących z kośćmi w czaszce. Sprawdziłem to na osobach zdrowo- słyszących i okazało się, że owszem, niektórzy słyszą misy w innym miejscu w głowie, niż pozostałe dźwięki, ale nie słyszą ich tak samo dobrze kiedy na przykład zatkają uszy. Wnioskuję zatem, że funkcję niektórych obumarłych części kostek słuchowych przejmują u mnie kości czaszki i całe otoczenie ucha. W standardowym badaniu słuchu testuje się to zjawisko zakładając na kości za uszami specjalne słuchawki wysyłające drgania. Z kolei osobom z bardzo dużym lub całkowitym ubytkiem słuchu zakłada się tzw. implanty – aparaty słuchowe spięte kabelkiem ze specjalną przyssawką wczepioną do wystającej kości tuż za uchem. W obu przypadkach wykorzystuje się ten sam efekt. Proponuję doświadczenie – do rączki metalowego widelca przymocuj dwa sznurki, sznurki owiń na palce, palce zaś włóż do uszu i uderz swobodnie wiszącym widelcem o ścianę. Później zmodyfikuj doświadczenie – owinięte sznurkiem palce przytknij do kości za uszami – dla lepszego efektu, wolne palce wykorzystaj do zatkania uszu – i uderz ponownie. Eksperymentuj dalej, może się okazać, że także inne kości twarzy i głowy przeniosą tę wibrację. Zamiast widelca możesz użyć innego lekkiego metalowego przedmiotu np. sprężyny lub kratki na grilla.

Muzyka

Parę słów o mojej dziwacznej relacji z muzyką. Otóż, kiedy byłem nastolatkiem, moi koledzy i koleżanki, na pytanie o zainteresowania zawsze na pierwszym miejscu wymieniali muzykę. Mimo, iż sam wychowałem się na Michaelu Jacksonie i Bobie Marleyu, nie rozumiałem tego hobby. Być może, podświadomie czułem, że w moim przypadku jest ono jakoś tak… nie na miejscu. Słuchania muzyki musiałem się więc nauczyć i bardzo pomogła mi w tym prawie dziesięcioletnia przygoda z młodzieżowym teatrem Nie Na Temat. Nie zostałem zawodowym aktorem, ale wyzbyłem się lęków, pokonałem kompleksy i otworzyłem na ludzi. A muzyka? Muzyka jest na scenie osią narracji, trzeba się wokół niej poruszać, trzeba jej nasłuchiwać.

Otworzyła się w mojej głowie klapka i zacząłem szperać, najpierw w domowych płytach, a później w Internecie. Któregoś pięknego dnia usłyszałem utwór Shine On You Crazy Diamond, Pink Floyd … początek utworu i gitarowe solo Davida Gilmoura. Cudo jakich mało! W tamtym nastoletnim okresie nasłuchałem się szeregu mniej lub bardziej ambitnych kapel i jak każdy młodzieniaszek liznąłem lekko buntowniczego klimatu, który płynął za rockiem, punkiem czy metalem. Przyznam jednak szczerze – nie obchodziło mnie do końca o czym śpiewali Ci ludzie. Pojawił się swego rodzaju paradoks w mojej relacji z muzyką – czerpałem z samej muzyki, a teksty, cokolwiek niedosłyszalne i wymagające sprawdzania w Internecie, zdawały się zlewać w dźwięki kolejnych instrumentów. Najbardziej więc lubiłem takie kapele, które mniej śpiewały, a bardziej grały. Przykład nie do pominięcia – Tool. Z biegiem czasu Tool stał się ostatnim bastionem muzyki gitarowej. Odkryłem muzykę elektroniczną. Zaczęło się od chilloutowych sesji relaksacyjnych z Buddha Barem i Cafe Del Mar. Mój słuch potrzebował jednak czegoś bardziej zarysowanego, prześlizgnąłem się więc w stronę szybszego tempa i bardziej wyrazistych bitów. W ten sposób wpadłem w rejony psytrance, progressive i psybient. Te – umowne – podgatunki różnią się tempem, ale efekt dla uszu jest ten sam. Rytmika, mocne basowe uderzenia, bity, między – bity i ostre świdrowanie przedłużonego dźwięku elektrycznego zwarcia. Te sygnały są tak ostre i cierpkie, że mogę je poczuć. Słuchając takich projektów jak Entheogenic, Chromosome czy Ajja, odczuwam jakąś eteryczną siłę dosłownie masującą moje uszy od środka, czasem nawet całą czaszkę! Jednostajny, dynamiczny bit wprawiający w trans i do tego wstawki dźwiękiem przypominające wkręcanie śruby w gęsty kisiel to zestaw, który działa na mnie tak dobrze, że czasem się zastanawiam, czy się od tego nie budzą moje stare, pousypiane nerwy słuchowe. A moja wrażliwość, jest zapewne zasługą tej samej kostnej receptywności, którą odkryłem u siebie eksperymentując z misami tybetańskimi. Słuchając muzyki elektronicznej, zwłaszcza w nausznych słuchawkach, dostaję od niej już nie tylko melodię, ale także przyjemny bodziec – dotyk dźwięku.

Mantra

Co bóg zabrał uszom, wedle równowagi, oddał oczom. Mam niezwykle czuły wzrok i widzę lepiej od przeciętnego widzącego. Widzę daleko i szczegółowo, to moja mocna strona. Umiem też czytać z ruchu warg. Fantastyczna umiejętność: potrafię z daleka zobaczyć o czym mniej więcej rozmawiają ludzie na głośnej imprezie lub rozszyfrować przekleństwa rzucane przez sportowców w czasie transmisji telewizyjnej. Ale niestety, to także odruch nie do opanowania. Od dziecka patrzę ludziom na usta bo tak lepiej rozumiem co do mnie mówią. Walczę z tym, bo może to niektórych krępować, a poza tym – podobno oczy to okna duszy. Niemniej, gdy zawodzi słuch, a także czytanie z ruchu warg, to zdarza mi się przesłyszeć jakieś słowa w rozmowie i wychodzą z tego różne „kwiatki”. Kiedyś na przykład pomyliłem abonenta z abonamentem. Śmiali się z tego wszyscy poza mną. Ale przyszedł odpowiedni czas i sam zacząłem się śmiać z własnych przeinaczeń, a czasem nawet świadomie je prowokować. Głównie dla śmiechu, ale także dla obserwacji tego, które słowa jak przeinaczam. Może kryje się za tym jakiś nieuświadomiony proces? Zupełnie jak w przypadku przejęzyczeń?

A propos procesu – oto bodaj najdziwniejsza z moich przypadłości. Wszystko co się rusza, każdy możliwy ruch, ma dla mnie dźwięk. Nie chodzi o to CO albo JAK się porusza. Chodzi o sam ruch, dynamikę, proces właśnie. Mogę nie usłyszeć bzyczenia muchy albo silników Boeinga, ale sam ich przelot (ruch) zostawi w moim umyśle audiowizualny ślad. Kiedy machnę ręką przed oczami, słyszę jej ruch, samo to, że się poruszyła. To nie przecinane powietrze słyszę w głowie lecz mentalny obraz ruchu, który w moim umyśle ma charakter dźwięku. I teraz najlepsze – wszystko co się porusza i zostawia owe ślady, czy to mucha czy samolot, ma dokładnie ten sam dźwięk. Wszystko wokół mnie, gdy nie słucham uszami, brzmi tak samo. To taki dźwięk, którego nie jestem w stanie opisać, bo to w końcu nie jest dźwięk, ale kiedy o nim myślę, z pomocą przychodzi mi porównanie: brzmi to trochę jak maksymalnie wyciszony, ledwo słyszalny dźwięk machnięcia mieczem świetlnym.

Ostatnio badam własny głos. Mantruję, wsłuchując się w jego dźwięk. Zwłaszcza, kiedy zdejmę aparaty, wyczuwam pokłady rezonującej w klatce piersiowej energii. Odczuwam wtedy siebie jak jedno wielkie pudło rezonansowe. Przechodzą mnie dreszcze i znika jakiekolwiek myślenie rozgraniczające to co w środku od wszystkiego co na zewnątrz. Niedosłyszę głosów i dźwięków, ale jakże dobrze jest je czuć! To jest tak niezwykłe, że nie sposób o tym pisać, zachęcam Czytelnika by spróbował sam. Najważniejsze jest znalezienie przepony, lekkie, luźne otwarcie ust i wydobycie dźwięku na zewnątrz tak by umiejscowił się na tzw. masce – przestrzeń między oczami i nosem. Cała twarz powinna delikatnie wibrować, a im bardziej wszystko w niej łaskocze, tym lepiej. Niewprawionym zalecam ostrożność, nie ćwiczoną przeponę można łatwo nadwyrężyć!

Lubię swoją wadę. Nie zdecydowałbym się chyba na przyjęcie sklonowanych komórek macierzystych mogących przywrócić mój słuch do normalnego stanu. Stanu, którego tak naprawdę nie znam i którego bym się bał. Bałbym się hałaśliwych nocy i zbyt dużego natężenia dźwięków. Dobrze mi jest z dalekosiężnym wzrokiem, czuciem dźwięków i muzyczną wyobraźnią.

Mantra jest jedna – każdy słyszy ją po swojemu.

Niesłuch

Do napisania powyższego tekstu zachęcił mnie mój przyjaciel. Dużo dowiedziałem się o sobie niedosłyszącym (słyszącym inaczej?) o tym jak sobie z tym radzę, co mogę z tym zrobić i czy to w ogóle jest ważne. Po trzech latach, jestem sobie (i Tobie) winny kilka słów posłowia, pojawiło się bowiem kilka nowych wątków.

To co nazywam „podsłuchem” to suma moich doświadczeń jako osoby o wytężonej uwadze na głosy z zewnątrz i dźwięki ze środka (i odwrotnie). „Podsłuch” to też badanie zjawisk dźwiękopodobnych i szumów usznych, które są tym samym dla słuchu czym dla ciała fantomowa kończyna – choć nieobecna, czasem swędzi.

„Niesłuch” jest inny. To drugi biegun na tej audio-skali.

Jak to jest nie słyszeć ? Niedosłysz jeszcze bardziej, Nie słuchaj, nie słysz.

W prozie życia doceniam jego wartość wszędzie tam, gdzie wiele osób cierpi hałas, choć rozumiem to niedosłownie. Mogę nie słyszeć, ale uczę się też nie słuchać! Nie wszystko jest warte usłyszenia, co więcej wygląda na to, że mogę wybierać –kiedy „nie słuch” włączyć a kiedy nie.

Czasem ciszę, w której przebywam gdy się wyłączam, doświadczam jak nieistnienie albo niebycie, nieczucie się, że się jest. Czuję to bardzo fizycznie i chyba słusznie, bo w końcu dźwiękowi potrzebna byłaby jakaś materia aby miał czym drgać. Tymczasem, kiedy jest naprawdę cicho to nic się nie rusza i nic nie drga tak jakby nic nie było. Nawiasem mówiąc, głębokiej ciszy doświadczam właśnie w bezruchu, kiedy wibracje ciała ograniczone są do minimum. Spokój w takiej ciszy bywa aż niepokojący. Przypominam sobie chwile, kiedy jej ogrom budził we mnie lęk i bardzo dziwne wrażenie że brak dźwięku to brak słuchającego.

Osobliwie kusi mnie to niebycie, jakbym go do czegoś potrzebował. Jakby już nie chodziło o naturę dźwięku, nucenie pod nosem i nasłuchiwanie „szumów”. Czuję w tym więcej bezforemnej bezdźwięczności. Cisza jako Pustka – kiedy nie słucham i nie słyszę, to mnie nie ma, nawet dla siebie. Jest to metafizyczne „nie słyszeć/niebyć”, a zarazem prosta lekcja o życiu wśród ludzi i pomocny oręż w zmaganiach z krytykiem wewnętrznym – tak, nie muszę Cię słuchać…

Symptomatycznie, słucham ostatnio dużo mniej muzyki. Trudno mi znaleźć coś nowego co by mnie porwało, ale też specjalnie nie szukam. Bywa, że noszę aparaty pojedynczo, lub wcale, czasem z wyboru (cisza i spokój) a czasem nieświadomie. Parę razy zdarzyło mi się zwyczajnie o którymś z nich zapomnieć. Jakby na zachętę, by nie słuchać (ludzi, hałasu, samooceny), uwolnić się od bycia „jakimś” i ostatecznie jak sądzę, być bardziej sobą.

Michał Lasocik, grudzień, 2015