Teresa potrafi wymiotować cicho, niemalże niesłyszalnie. Bulimiczki są w stanie robić to tak, żeby nikt nie słyszał. Teresa też, w końcu od kilkunastu lat wymiotuje codziennie, czasem nawet po 20 razy. Sara wręcz przeciwnie, często wymiotowała głośno, żeby ktoś jednak usłyszał i jej pomógł. Ale nikt się nie zjawił. Najczęściej nikt nie słyszy i nie pomaga.

Odkąd pamiętam, mama powtarzała mi: „Paulina przytyłaś, jesteś za gruba”, „Paulina, jak będziesz gruba, to niczego w życiu nie osiągniesz”. Był taki moment, kilka lat temu, kiedy sama notorycznie stawiała przed sobą takie porcje posiłków, że spokojnie mogłyby się nimi najeść cztery dorosłe osoby. Natomiast ja dostawałam na obiad maleńki kawałek mięsa gotowanego na parze i sałatę – wspomina Paulina, 22-latka z ładną buzią i szczupłą figurą. Ma za sobą kilka epizodów związanych z zaburzeniami odżywiania. Również jedną próbę samobójczą. Nałogowo pali papierosy. Alkoholu nie tyka, bo ktoś jej kiedyś powiedział, że ma osobowość skłonną do uzależnień, a w rodzinie problem alkoholizmu już występował. Ona, Paulina, wie, że musi uczyć się na cudzych błędach. Tak było też z odchudzaniem.

– Mama była wtedy ode mnie dużo szczuplejsza – mówi dalej. – To właśnie w tamtym okresie pomyślałam, że przecież zawsze mogę zacząć robić to, co ona. Będę dużo jeść, bo jeść lubię, a potem będę wszystko zwracać. Dzięki temu nie musiałabym się katować żadną dietą i byłabym tak szczupła, jak ona.

Na szczęście z pomocą przyszedł tata, który w porę zabrał Paulinę do psychologa. Wcześniej wyjaśnił też, że mama mówi córce te wszystkie przykre rzeczy i zachowuje się w ten sposób, bo jest chora. Dopilnował, żeby córka nie podzieliła losu matki. – Wie pani, gdyby tak jak mój tata zareagowała kiedyś moja babcia, być może mama nie doprowadziłaby się nigdy do takiego stanu, w jakim jest dziś – mówi cicho Paulina.

Nie przeszkadzaj jej!

Kiedy dokładnie mama – Teresa – zaczęła wymiotować, Paulina nie wie. Podejrzewa, że musiało to być jakieś 12, 13 lat temu. Wtedy trzydziestoparoletnia Teresa wyjechała do pracy w Monachium. Jednak równie dobrze choroba mogła zacząć się wcześniej, kiedy we czwórkę mieszkali jeszcze we Wrocławiu: ona, mama, tata i babcia, matka Teresy. Któregoś roku ojciec stracił pracę. Mama w szkolnej administracji zarabiała za mało, by samodzielnie utrzymać rodzinę. Kiedy w 2004 roku przyjęto Polskę do Unii Europejskiej, podróże, również te zarobkowe, stały się łatwiejsze. Ktoś znajomy wyjeżdżał akurat do Monachium, na wyjazd zdecydowała się więc także Teresa. Od poniedziałku do czwartku, czasem również w piątki, sprzątała mieszkania zamożnych Niemców. Do domu wracała na weekendy. Paulina była za mała, żeby się interesować i rozumieć, co się w tym czasie z mamą działo. Wie tylko, że przez pierwsze tygodnie, czy nawet miesiące w Monachium było jej ciężko. Stres, którego było dużo, Teresa zajadała, a żeby nie przytyć – po posiłkach wymiotowała.

– Słyszałam kiedyś, jak opowiadała o swojej koleżance, jeszcze z czasów pracy w szkole – wspomina Paulina. – Ta koleżanka była bardzo drobniutką i śliczną kobietą. Któregoś dnia mama przyłapała ją w toalecie na wymiotach i zapytała, co się dzieje. W odpowiedzi usłyszała, że to nic, że to taka metoda na to, by nie przytyć. Nie nazwała tego chorobą. Nikt tego nie nazywał wtedy chorobą. To był tylko „taki sposób” na to, by utrzymać ładną figurę. Może potem mama chciała ten trik wypróbować na sobie i tak się zaczęło?

Teresa przyjeżdżała z Monachium do Wrocławia na weekendy. Jej figura, mimo stresu spowodowanego zmianą, nową pracą, częstymi podróżami, nie zmieniła się. Nadal była szczupła. Czasem tylko tata żartował, że apetyt ma jak cały pluton wojskowy. Zwłaszcza wtedy, kiedy natykał się w kuchni na stosy brudnych naczyń i puste opakowania po rozmaitych przysmakach: kabanosach, ciastkach, mrożonkach, lodach. Paulina, wówczas kilkuletnie dziecko, w ogóle nie zwracała uwagi na stan zdrowia matki. Cieszyła się po prostu, że mama jest w domu i że może się z nią pobawić lalkami.

Teresa potrafiła wymiotować cicho, niemalże niesłyszalnie. Bulimiczki są w stanie robić to naprawdę świetnie. Bardzo dbała o to, by toaleta była zawsze czysta. Rodzina zaczęła się jednak powoli orientować, że coś jest nie tak. Jedzenia i wycieczek do łazienki każdego dnia było więcej. W końcu Teresa się przyznała. Tata próbował interweniować, Paulina się bała, babcia mamy broniła. – Pamiętam, jak ojciec próbował odciągać mamę od stołu, albo od lodówki, kiedy atak wilczego głodu dopadał ją już po kolacji, późnym wieczorem – wspomina Paulina. – Mówił do niej: „Tereniu, zostaw już to jedzenie, chodź, pójdziemy na spacer”. Mama nigdzie iść nie chciała. Zawsze zresztą broniła jej babcia, która przychodziła do taty i mówiła: „Zostaw ją, niech je, ile chce, przecież jest szczupła”.

Zderzenie ze ścianą

Kiedyś udało się rodzinie zaciągnąć Teresę do specjalisty. Prywatnego, bo na psychologa publicznego długo musiałaby czekać. Do tego, który udzielał porad w kościele za darmo, mąż Teresy zabrać nie chciał. Sam był u niego wcześniej z pytaniem, jak ma żonie pomóc i dowiedział się tylko, że ma się modlić. To za mało. Załatwił więc wizytę u prywatnego psychologa. Zapłacił, choć z pieniędzmi było krucho. Psycholog słuchała Teresy przez godzinę, bez przerwy paląc przy tym papierosy. Nie powiedziała nic, nie zadała żadnego pytania. Na koniec zaproponowała tylko termin następnej wizyty. Na kolejną sesję Teresa już iść nie chciała. Powiedziała, że na pierwszej było tak, jakby o swoich problemach opowiadała ścianie. Tyle że ściana nie skasowałaby jej na sto pięćdziesiąt złotych.

W sumie w trakcie całej swojej kilkunastoletniej choroby Teresa u różnych specjalistów była może dziesięć razy. – Bardzo zraziła się na tym pierwszym etapie choroby, kiedy prawdopodobnie najłatwiej było jej pomóc – stwierdza Paulina. – Tamta psycholog, która ją zlekceważyła, sprawiła, że nie potrafiła już potem nikomu zaufać. Zresztą rodzina, nieliczni znajomi, którzy wiedzieli o chorobie mamy, też nie traktowali jej z choćby minimalnym zrozumieniem. Dziś jakoś już byśmy sobie poradzili z opłaceniem prywatnej terapii, nawet w zamkniętym ośrodku, ale mama się na nią nie zgadza. Boi się, że znów ją ktoś źle potraktuje. Pewnie boi się też tego, kim stałaby się, gdyby wyeliminowała z codzienności coś, co towarzyszy jej od tylu lat – wymioty.

Dziś Teresa ma 47 lat, w ciągu dnia potrafi wymiotować ponad 20 razy. Czasem trzy, cztery razy z rzędu. Zaczyna od gigantycznego śniadania, potem idzie do toalety, wraca, znów je, idzie wymiotować i tak w kółko. – Zdarza się, że w soboty wieczorem, kiedy rodzice już śpią, sprzątam jeszcze kuchnię i łazienkę. A kiedy wstaję rano, widzę, że mama miała też atak w nocy. Kiedy ją o to pytam, mówi, że bardzo chce, żeby to się już skończyło – mówi Paulina. – W zeszłym roku pod choinkę kupiłam jej nawet notes, specjalnie przygotowany, żeby mogła zapisywać to, co zje i dzięki temu łatwiej jej było nad tym zapanować. Dałam jej też list. Napisałam, że bardzo ją kocham, że będę ją w walce o zdrowie wspierać, że wspiera ją też tata, że razem jakoś z tego wyjdziemy…

– Jak mama na to zareagowała? – pytam.

– Bardzo się wzruszyła, ale na leczenie nie poszła. Nadal się objada, nadal wymiotuje. Kiedy próbujemy jej przeszkodzić, staje się agresywna. Kiedy nie robimy nic, obwinia nas o to, że nie staramy się jej pomóc. A nam już brakuje pomysłów na to, co robić…

Paulina opowiedziała mi tę historię w jednej z wrocławskich kawiarni, w całkowitej tajemnicy przed mamą. Teresa bardzo się wstydzi swojej choroby.

Dlaczego wymiotujesz

W Polsce bardzo trudno jest uzyskać fachową, publiczną pomoc skierowaną do osób cierpiących z powodu zaburzeń odżywiania. Gdy mowa o dzieciach czy nastolatkach, jest na to nadzieja, gdy pacjent czy pacjentka ma więcej niż 18 lat, taka pomoc jest praktycznie niedostępna. – Przekonanie o tym, że na bulimię czy anoreksję chorują tylko nastolatki jest tak powszechne, że system najczęściej po prostu nie uwzględnia propozycji leczenia dla dorosłych. A i dla tych młodych oferta pomocy zwykle jest niedostępna albo źle przygotowana. Polskie kliniki, czy to publiczne, czy prywatne, najczęściej proponują tylko terapię grupową i tylko dziewczynom, które mieszczą się w przedziale wiekowym 16-18 lat – mówi Ania Gruszczyńska, dziś 32-letnia „zaleczona” bulimiczka, autorka bloga wilczoglodna.pl.

Ostatnio napisała do kilkuset szkół z propozycją, że może przyjechać z wykładem dla dzieciaków. – Ciągle spływają odpowiedzi, że jasne, bo u nich to wielki problem i dyrektorzy nie wiedzą, co z tym robić. Nawet dzisiaj rozmawiałam z jedną dyrektorką przez telefon. Mówi, że to bardzo potrzebna praca u podstaw – dodaje Ania.

Ania cierpiała z powodu bulimii przez ponad 15 lat. Z choroby wyszła sama, dzięki silnej woli i żelaznemu uporowi. Żaden ekspert nie chciał, albo nie był w stanie jej pomóc – internista poprzestał na zapisaniu elektrolitów, psycholog odesłał do domu, psychiatra zapisał leki na zmniejszenie apetytu. Dlatego ona dziś pomaga tym, którzy tej pomocy potrzebują. Niedawno wydała książkę z praktycznymi poradami dla bulimiczek – „Wilczo Głodna – jak wyjść z bulimii i nie zwariować”. W książce i codziennie na swoim blogu pisze o tym, co zrobić, kiedy zbliża się atak wilczego głodu, albo jak sobie radzić przy suto zastawionym świątecznym stole, by nie zjeść za dużo i nie skończyć imprezy w toalecie. Latem zrobiła też artystyczny performance o zaburzeniach odżywiania. W samej bieliźnie, z zawiązanymi oczami i mazakami ściśniętymi w dłoniach stanęła na jednym z warszawskich placów. Nic nie mówiła, nie krzyczała, nie agitowała. Koło siebie ustawiła tylko tekturową tablicę, na której napisano: Stoję tutaj dla wszystkich, którzy tak jak ja cierpią na zaburzenia odżywiania. Jesteśmy pozostawieni sami sobie, bez pomocy. Jeżeli uważasz, że to się powinno zmienić, narysuj na mnie serce.

Ania w sprawie zaburzeń odżywiania na początku stycznia napisała również List Otwarty do ministra zdrowia. Reakcji nie było i nie ma. Projekt w sprawie ustanowienia Dnia Kompulsywnych Zaburzeń Odżywiania nadal czeka w parlamencie na rozpatrzenie.

W całej Polsce na bulimię choruje przynajmniej kilkaset tysięcy osób. Niektóre szacunki mówią nawet o milionie bulimiczek. Brak jednak na ten temat dokładnych danych, bo badania – jeśli już są przeprowadzane – obejmują jedynie młodzież, a i ta nie zawsze się do problemu przyznaje. – Ocenia się, że około 0,5 proc. kobiet w wieku od 15 do 19 lat cierpi z powodu jadłowstrętu psychicznego (anoreksji), a 1-5 proc. z powodu bulimii. (…) Anoreksja oraz bulimia stanowią łącznie przyczynę około 4 proc. zgonów u młodych osób – podaje na swojej stronie internetowej Ośrodek Leczenia Uzależnień MEDICA.

Amerykańska fundacja Renfrew Center alarmuje jednak, że liczba kobiet po 35. roku życia, które cierpią na zaburzenia odżywiania, wzrosła na świecie w ciągu ostatniej dekady o 42 proc. Według międzynarodowego instytutu Eating Recovery Center już przeszło 46 proc. chorych przekroczyło trzydziestkę, zaś kolejnych 10 proc. – czterdziestkę. National Institute of Mental Health z USA podaje, że aż 4,2 proc. wszystkich kobiet mogło mieć w swoim życiu przynajmniej jeden epizod bulimii, a wspomniana fundacja Renfrew Center dodaje, że w sumie na całym świecie z powodu zaburzeń odżywiania cierpi 70 mln osób.

Z pokolenia na pokolenie

Ania Gruszczyńska walczy o stworzenie ogólnopolskiego programu pomocy, takiego, z jakiego korzystać mogą alkoholicy. Chce, by w końcu powszechne stało się przekonanie, że zaburzenia odżywiania nie dotyczą tylko nastolatek. Wierzy, że to będzie pierwszy krok do zmian. – Z tych chorób nie wyrasta się z wiekiem. Przekazuje się je z pokolenia na pokolenie! – przekonuje. Tak było także w jej przypadku. Matka Ani nigdy nie traktowała jedzenia „normalnie”. Posiłki były dla niej karą lub nagrodą, lekarstwem na strach, stres czy sposobem na nudę. Podobnie jak dla matki Sary, dziś 25-letniej bardzo utalentowanej malarki. Sara urodziła się na Mazurach. Ma dwoje rodzeństwa, brata i siostrę, i rodziców, którzy – jak mówi – nigdy się nie kochali. – Czułam to od dziecka, tylko nie potrafiłam tego nazwać – wspomina chłodne relacje rodziców Sara. – To mi przeszkadzało, bo zawsze czułam, że czegoś między nimi brakuje. Z tego powodu sama też czułam jakąś pustkę.

Może to właśnie ta pustka i związane z nią niskie poczucie własnej wartości doprowadziło Sarę do choroby. A może przyczyniły się do niej raczej problemy żywieniowe jej mamy i babci: – Mama miała za sobą epizod bulimii, babcia wiecznie się odchudzała. Odkąd pamiętam, w kółko piła herbatki oczyszczające, parzyła sobie różne ziółka. Zdarzało się, że babcia na imprezie rodzinnej jadła tylko przyniesione przez siebie suchary, a rybę wigilijną przed konsumpcją musiała sparzyć wrzątkiem, żeby nie został na niej ślad panierki. Wszyscy przecież wiedzą, że panierka jest kaloryczna.

Problemy ze zdrowiem Sary zaczęły się, gdy miała 11-12 lat. Wcześnie zaczęła dojrzewać, jej ciało szybko się zmieniało. Za szybko w stosunku do rówieśniczek. One ciągle wyglądały jak dziewczynki, Sara już jak młoda kobieta. – Nie mogłam tych zmian zaakceptować, bioder, biustu i przede wszystkim okrągłej twarzy – wyjaśnia. – Ten okrągły kształt bardzo mi przeszkadzał, więc zaczęłam się odchudzać. Przestałam jeść. Nie jadłam praktycznie przez kilka lat, a najniższa waga, jaką osiągnęłam, to 31 kg przy wzroście 170 cm. Buzię jednak, niezależnie od wagi, dalej miałam okrągłą.

Rodzice dość szybko zorientowali się, co się dzieje. Właściwie zaraz po tym, jak znaleźli w pokoju Sary tabletki przeczyszczające. Wcześniej zauważyli, że mniej zjada, dużo ćwiczy. Wszystko ułożyło się w całość.

Szpitalna trauma

Sara na szpitalnym oddziale psychiatrycznym dla dzieci i młodzieży była w sumie pięć razy. Każdy pobyt to przynajmniej cztery, pięć miesięcy. Prawie pół roku tuczenia – to słowo najlepiej oddaje formę leczenia. Sara jadła i leżała, bo przez pierwsze tygodnie nakaz leżenia był bezwzględny. Wstać z łóżka mogła tylko do toalety. Potem było już trochę lepiej, ale leczenie i tak nie było skuteczne. Takie utuczone dziewczyny wychodziły ze szpitala tylko po to, by za kilka tygodni lub miesięcy do niego wrócić. Bo przecież pierwszym, co robiły po wyjściu, była długotrwała głodówka.

Żadna z pacjentek oddziału nie przeszła terapii, dostęp do psychologa czy psychiatry był ograniczony. A jeśli już był, zdarzało się, że to psychiatrzy fundowali dziewczynkom nową traumę. Sara do dziś pamięta jednego lekarza, z którym spotkanie było jak największy koszmar. To psychiatra, który na oddziale dla anorektyczek był na zastępstwo, bo pozostali lekarze akurat wyjechali na urlop. Znęcał się nad pacjentkami, wyzywał od najgorszych, a jeśli jego zdaniem zasłużyły na karę, zlecał, by wykonano im lewatywę. Gdy te protestowały, prosił pielęgniarki, by do zabiegu dosypać soli.

I tak się zaczęło. Podczas któregoś z pobytów Sara postanowiła, że przyspieszy powrót do domu i zacznie więcej jeść, żeby szybciej utyć. Prosiła innych pacjentów, żeby kupowali jej jedzenie. W konsekwencji dostawała od nich całe torby rozmaitych przysmaków, również słodyczy. Planowała, że będzie je podjadać stopniowo, ale szybko straciła nad tym kontrolę. Zjadała naraz paczkę ciastek, dwie tabliczki czekolady, batony… Wszystko niedługo po śniadaniu i tuż przed obiadem. – To były pierwsze ataki wilczego głodu – opowiada. Po powrocie ze szpitala do domu te napady zostały. Początkowo pojawiały się średnio raz w miesiącu. – Obżerałam się do granic możliwości, a potem źle się z tym czułam, więc wszystko zwracałam w toalecie.

Metoda się sprawdzała. Dzięki niej Sara mogła sobie pozwolić na to, by się w końcu porządnie najeść i nie utyć. Więc zaczęła ją stosować częściej. Z czasem jeden atak w miesiącu zamienił się w kilkanaście napadów w ciągu jednego dnia. Był taki moment, że nie mogła się już nawet napić. Zwracała herbatę z cytryną. Wymiotowała po tabletkach na ból gardła, w których był cukier. W tym czasie bywała też u różnych psychologów, psychiatrów, ale żaden nie wiedział, jak jej właściwie pomóc. Lekarze albo bagatelizowali problem i mówili: – Nie bądź głupia, po prostu zacznij normalnie jeść!, albo wykazywali się kompletną ignorancją. Nie skutkowało leczenie, podziałał dopiero szok emocjonalny – widok załamanego starszego brata, który płakał z jej, Sary, powodu: – To mną ogromnie wstrząsnęło. Tak bardzo nie wzruszył mnie nawet widok załamanej mamy. Matki przecież często załamują ręce nad dziećmi, ale starsi bracia rzadko płaczą… Od tej chwili zaczęłam się trochę kontrolować. Myślałam o tym, że szkoda zdrowia. Jadłam ekologiczne, nieprzetworzone produkty. Szkoda mi było potem spuszczać takie wartościowe jedzenie w toalecie.

Anoreksja, bulimia i ortoreksja, czyli zburzenie polegające na obsesyjnym pilnowaniu tego, by jeść tylko zdrowe i nieprzetworzone produkty, przeplatają się w życiu Sary przez ostatnich 13 lat. Nadal choruje, ale nie rezygnuje z walki o zdrowie. Od dawna korzysta z pomocy psychologów, choć dopiero ten obecny, do którego chodzi na terapię od dwóch lat, okazał się godny zaufania. Pracuje z nim nad poczuciem własnej wartości. Do dziś nie przeszła jednak terapii systemowej czy terapii behawioralno-poznawczej, które przez międzynarodowych ekspertów zajmujących się leczeniem zaburzeń odżywiania uznawane są za najskuteczniejsze w walce z bulimią i anoreksją. Sara nie potrafi się na takie leczenie jeszcze zdecydować.

Nadal jest bardzo szczupła i nawet dziś zdarza się, jeśli zje za dużo, że w jej głowie pojawia się myśl: A może jednak zwymiotować… Dlatego najczęściej zjada tylko dwa posiłki dziennie, jeden i drugi złożony wyłącznie z owoców i warzyw. Zwykły chleb jest dla niej zbyt dużym wyzwaniem. Choroba nie tylko zniszczyła jej zdrowie, ale i życie towarzyskie. Ma niewielu przyjaciół. Nigdy nie miała chłopaka. Nie ma nawet siły i ochoty myśleć o seksie.

Kobiety sukcesu

Niestety, takich historii jest więcej. Dużo więcej. Agata, 31-letnia szczęśliwa mężatka i uznana prawniczka z Krakowa, choruje od 16 lat. Raz była nawet bliska podjęcia leczenia zaburzenia odżywiania u psychoterapeuty, ale wystraszyła się. Pomyślała, że jak zacznie się leczyć, to odchudzanie jej zobojętnieje i w konsekwencji stanie się chorobliwie gruba. Uciekła jeszcze przed wizytą. Kolejnej próby nigdy nie podjęła. Do dziś zmaga się z bulimią. – Nie pamiętam siebie sprzed choroby. Byłam wtedy małym dzieckiem, takim jak każde inne. Dopóki nie zachciało mi się być chudszą… – wspomina początek choroby.

34-letnia Grażyna mieszka w jednej z podwrocławskich miejscowości. Ma męża i malutką córeczkę. Od wielu lat ma też bulimię, choć ukrywa swój problem przed całym światem. Wstydzi się, bo świat, sąsiedzi, rodzina bardzo często taką chorobę jak bulimia bagatelizują. Zdarza się, że chore są wyzywane od idiotek.

– To wszystko wynika z niewiedzy. I to również niewiedza, którą często spotyka się też u lekarzy powoduje, że bulimii się nie leczy, albo próbuje się ją leczyć w nieodpowiedni sposób – przekonuje Ania Gruszczyńska. – A nieleczona bulimia, tak samo jak rak, alkoholizm czy choroba serca, nie ustępuje wraz z wiekiem i upływem lat. Tym kobietom trzeba pomóc, bo one – tak jak w tytule mojej ulicznej akcji – są tej pomocy głodne.

*Imiona niektórych bohaterek zostały zmienione.

Małgorzata Gołota. Dziennikarka prasowa i radiowa. Autorka kampanii „Alimentare znaczy karmić” dedykowanej milionom polskich dzieci, które nie otrzymują od rodziców należnych im alimentów. Współautorka książki „Krótka ulica, długa historia. Próżna, Plac Grzybowski i okolice”. Publikowała w toruńskiej „Gazecie Wyborczej”, dziale zagranicznym „Polska The Times” i naTemat.pl. Współpracowała z Radiem PLUS, Radiem ZET Gold i Rock Radiem.

źródło http://weekend.gazeta.pl/