Chciałem porozmawiać o tym, czy mamy dzisiaj kryzys męskości. Należałoby jednak chyba zacząć od tego, co to znaczy być mężczyzną, czym jest męskość – choć to dzisiaj rzadko używane słowo.

Samo pytanie o kryzys zawiera już pytanie o to, czym jest męskość.

Rzeczywiście, męskość jest w kryzysie i to zarówno z psychologicznego, jak i kulturowo punktu widzenia. Wzorce męskości zapisane są nie tylko gdzieś głęboko w nas, ale także w kulturze, w której żyjemy. A ponieważ zmienia się nasza cywilizacja, zmieniają się też wzorce kulturowe.

Tradycyjnie w psychologii wyróżnia się takie podstawowe etapy w rozwoju mężczyzny, jak: dziecko (psychika niezróżnicowana), chłopiec (pierwotna męskość), młodzieniec (kawaler) i mężczyzna.

Czym się charakteryzują?

Dla dziecka typowy jest pewien rodzaj nieświadomości swej męskości (lub kobiecości). Jest zależne od wychowania, a jednocześnie jest istotą w jakiś sposób wszechmocną, tzn. taką, która może rozwinąć się w wielu kierunkach.

Kiedy dziecko zmienia się w chłopca, posiada już pierwsze oznaki i świadomość swoich cech męskich. W rodzinie, na podwórku, w przedszkolu przejmuje męskie wzorce: jest np. małym ojcem (jeśli opiekuje się młodszym bratem) lub małym wojownikiem (jeśli szarpie się z kolegami czy jeździ szybko na rowerze) itp. Już na tym etapie zaczyna tworzyć się jego przyszłość.

Następny okres, młodzieńczy, kawalerski, zamyka cechy typowe dla dziecka i rozwija cechy chłopięce w kierunku indywidualnej i kulturowej męskości. Krystalizują się wtedy te, dojrzałe cechy męskie preferowane przez rodzinę i społeczeństwo, pomagające w odgrywaniu określonych ról w dorosłym życiu. Ponieważ w tym okresie zaznacza się indywidualna struktura „ja”, chłopiec-młodzieniec staje się „jakimś” mężczyzną, przyswaja sobie własny repertuar męskich ról. Jedni będą preferować naukę, studia, zdobywanie wiedzy, inni zabawę, jeszcze inni skupią się na zdobywaniu umiejętności praktycznych. Możemy w tym stadium zaobserwować zarówno nieco „zdziecinniałych” młodzieńców, jak i przedwcześnie dojrzałych chłopców. Może to być efekt narzucania chłopcom określonych ról społecznych lub sytuacji urazowych i obciążeń psychicznych (np. przemoc w rodzinie, alkoholizm, strata bliskiej osoby), z którymi nie wszyscy sobie radzą.

Jeśli chodzi o dojrzałego mężczyznę, to wśród cech, jakie powinien posiadać, jest na pewno niezależność. Kobieta oczywiście też powinna być niezależna, ale jej tożsamość, bardziej niż przez niezależność, kształtowana jest przez dążenie do bliskich relacji, troszczenie się o rodzinę. Z kobiecością wiąże się pewien konserwatyzm, podtrzymywanie życia i przekazywanie go dalej. Niezwykle ważne dla kobiety jest poczucie bezpieczeństwa, ponieważ lęka się o dziecko i dom. Mężczyzna jest bardziej aktywny, o wiele mocniej ceni sobie autonomię. W psychologii postjungowskiej mówi się o archetypie wędrowca jako granicznego doświadczenia męskości, w nim zawiera się motyw kowboja, podróżnika, osoby niezależnej, samodzielnej, i w tym sensie dojrzałej. Kolejne dwa wzorce, które uzupełniają podstawowy obraz męskości, to: wzorzec wojownika, czyli mężczyzny walczącego, ukierunkowanego na konkretne cele, na posiadanie, i wzorzec maga, szamana, mężczyzny działającego intuicyjnie, wrażliwego artystycznie, patrzącego „szerzej” na rzeczywistość. Wzorce te pokazują, w jakich kierunkach niezależny mężczyzna może się rozwijać.

Mężczyźni bardziej wrażliwi, mając do wyboru bycie żołnierzem, kopanie piłki na boisku albo siedzenie w bibliotece, granie na gitarze, wędrowanie po lesie, wybiorą tę drugą, bardziej tajemniczą drogę. Jest to też często droga otwarta na doświadczenia religijne.

W naszej kulturze taka postawa wydaje się niemęska…

Ona jest niemęska w kulturze skrajnie patriarchalnej. Taka kultura preferuje typy bardziej agresywne, czyli wędrowca plus wojownika.

Natomiast w kulturach pierwotnych, wędrownych, np. u Aborygenów, Indian czy nastawionych na religię, pozycja intuicyjnego, wrażliwszego mężczyzny – androgynicznego, co nie znaczy, że zniewieściałego – była bardzo mocna; wystarczy popatrzeć na szamanów i ich rolę we wspólnotach plemiennych. W religiach bardziej zorganizowanych mamy z kolei kapłanów albo proroków. Prorok neguje zastany świat, neguje płytkie, dosłowne rozumienie rzeczywistości. Mówi o transformacji, przemianie, przebudzeniu. Dąży do zasymilowania jak największego obszaru rzeczywistości, w tym także tej niewidzialnej, ukrytej. W pewien sposób łączy w sobie zarówno archaiczną przeszłość, jak i nieodgadnioną przyszłość, np. życie po śmierci. Prorok nie może być typowym wojownikiem i nie może opierać się wyłącznie na intelekcie, musi posługiwać się innymi umiejętnościami – wrażliwością emocjonalną, słuchać natchnień, intuicji, być otwartym na wizje.

Prorok może nie jest wojownikiem, ale jest kimś nieobliczalnym, jest w jakimś sensie Bożym szaleńcem, trudno nad nim zapanować…

Zgadza się. Aby obudzić kogoś z letargu, potrzeba czasem nim wstrząsnąć. Dlatego kiedy np. władcy Izraela zaczęli zajmować się głównie gromadzeniem dóbr, używaniem życia i o duchowym wymiarze egzystencji, prorocy zaczynali grzmieć. Natomiast w cywilizacjach, które już zastygły w kryzysie, uśpiły swoją wrażliwość na wartości, proroków się często morduje. Przykładem zamordowanego proroka jest ks. Jerzy Popiełuszko. Nawet instytucje kościelne miały z nim problem. Nie chciały go wspierać, ponieważ bały się jego radykalności.

Prorocy czy szamani nie muszą działać na stricte religijnym polu. Mogą być artystami, wizjonerami. Rockmani, przedstawiciele radykalnych ruchów społecznych kontestujących kulturę (np. hipisi), dzięki „wyczarowaniu” pewnych stanów ekstatycznych, oderwaniu od realiów, również protestują przeciwko głupocie, prymitywizmowi, brakowi wrażliwości. To też jest ścieżka inicjacyjna dla współczesnych szamanów i mędrców. Zdarza się jednak, że takim działaniom brakuje autentyzmu i prawdziwych uzdolnień. Wówczas droga artysty staję się ścieżką kariery. A wtedy pseudoszaman czaruje rozhisteryzowaną młodzież tanią twórczością.

Kiedy mówił Pan o tym, że kobieta jest bardziej konserwatywna, nakierowana na relację i dom, przypomniało mi się pewne zdanie Andrzeja Poniedzielskiego, poety i satyryka. Powiedział on, że „kobieta ma dom po to, żeby do niego wchodzić, a mężczyzna po to, żeby z niego wychodzić”.

Świetne określenie. Rzeczywiście często jest tak, że mężczyzna staje się bardziej sobą, gdy wychodzi z domu i konfrontuje się ze światem. Staje się bardziej wyrazisty, bo czuje, że jego nie ogranicza się już wyłącznie do bycia domowym pomocnikiem żony. Ta wyrazistość jest mu potrzebna do realizowania indywidualnego potencjału. Co to znaczy? Jeśli ma ku temu odpowiednie predyspozycje, niech będzie profesorem i naukowcem; jeżeli jest wrażliwy emocjonalnie, niech będzie artystą; a jeżeli jest umięśniony, niech będzie Pudzianem.

Z drugiej strony mówi się dziś dużo o tym, jak ważne jest, żeby mężczyzna pozostawał w domu, żeby miał udział w wychowaniu dzieci. Ostatnie badania mówią, że dzisiaj mężczyźni spędzają ośmiokrotnie więcej czasu z dziećmi niż w latach siedemdziesiątych XX w. To chyba nie jest źle…

Wyniki tych badań odzwierciedlają kulturową tendencję. Jeżeli wrażliwsi, bardziej uczuciowi mężczyźni wpisują się w to społeczne zapotrzebowanie, to dobrze. Jeżeli jednak ten wzorzec przejmuje młodzieniec, który ma w sobie sporo agresji, witalność i dynamizm, to idzie w ślepą uliczkę. Taki mąż będzie w sposób niedojrzały albo nawet wypaczony realizował wzorzec „domowego” mężczyzny. Będzie krnąbrny, kapryśny, sfrustrowany, bo to nie jest ścieżka realizacji jego indywidualności. Kiedy sięgnie po alkohol, będzie mu się wydawało, że ostry z niego facet, a będzie po prostu damskim bokserem. Będzie poszukiwał możliwości rozładowania napięcia, ale nie skonfrontuje się w rywalizacji z innymi mężczyznami, lecz z dziećmi lub kobietami, bo nie został wdrożony w rolę wojownika. Mimo że jest dorosły, pozostaje zniewieściałym chłopcem. Nie umie skierować skumulowanej agresji np. na poziom realizowania celów, nie dodaje mu ona odwagi ani determinacji w trudnych sytuacjach.

Jednocześnie w naszej kulturze jest coraz więcej kobiet z męskimi cechami. Świetnie radzą sobie w społeczeństwie, osiągają sukces. A skoro realizują się zawodowo, trzeba większej liczby mężczyzn, którzy w tym czasie zadbają o dom i zajmą się dziećmi. To sprawia, że coraz więcej mężczyzn odczuwa frustrację, bo nie realizują ani wzorca wojownika, ani szamana.

Czują się wtedy słabsi od kobiet.

Kobieta wygrywa tu z mężczyzną swoją męską stroną. Niedojrzały mężczyzna czuje się zastraszony, jest słaby, nadwrażliwy, przeczulony. Zauważmy, że feministka nie ma problemu z tym, że mężczyzna zwraca jej uwagę, kiedy robi coś nie tak, a jednak zniewieściały mężczyzna w takiej sytuacji będzie próbował być delikatny, chce zrozumieć kobietę itp. Wtedy przegrywa na całej linii.

Co ciekawe, coraz trudniej odnaleźć się w dzisiejszym świecie mężczyznom, którzy wybierają sacrum jako obszar swojej działalności. Kapłan powinien być jak najbardziej typem androgynicznym, łączącym elementy męskie i kobiece, mężczyzna świecki znacznie rzadziej. Stan androgynii jest bowiem stanem wyższej świadomości, umiejętności bycia zarówno miękkim, jak i twardym, wrażliwym i konsekwentnym, potrafiącym słuchać, ale też jasno wyznaczyć granice, powiedzieć, co jest czarne, a co białe. podobnie prorok – krzyczy, upomina, a jednocześnie jest wrażliwy na cierpienie, mówi o subtelnościach wiary.

Popatrzmy na ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego – jest wojownikiem, czasem bardzo ostro walczącym z przeciwnikiem, ale jednocześnie jest osobą wrażliwą, która zajmuje się upośledzonymi, skrzywdzonymi przez los. To archetyp walecznego dobroczyńcy. Zadaniem ludzi tworzących kulturę, kształtujących nasze społeczeństwo, jest chronić tych, którzy potrafią łączyć w sobie oba te wymiary. Nawet jeśli uważamy, że zachowują się niepoważnie, nie lubimy ich, to powinniśmy ich szanować. nazywam ich „ludźmi cyklu”. Brak szacunku do takich ludzi pokazuje stopień rozszczepienia w nas między pozytywnymi, kobiecymi i męskimi, wzorcami bycia mężczyzną. Mężczyzna też ma prawo rozwijać się po linii kobiecej, chociażby po to, by nawiązać kontakt z kobietą i kobiecymi elementami w kulturze.

Łacińskie słowo pontifex (kapłan) pochodzi od słowa pontus, czyli most. Kapłan to zatem ten, który łączy ludzkie z boskim, ale też męskie z kobiecym…

Łączenie ludzkiego z boskim jest uniwersalnym modelem łączenia przeciwieństw: dorosły – a jednak dziecko Boże, jeden człowiek jako kobieta – mężczyzna, co ukazane jest w Księdze Rodzaju, prawdziwa sprawiedliwość wymaga miłosierdzia itd.

Czy religia wpływa na kształtowanie się męskich i kobiecych postaw?

Jeśli przyjrzymy się świętym mężczyznom, znajdziemy wiele cech, które mogą przydać się dorosłemu mężczyźnie. Rzecz w tym, żeby prezentować szeroki repertuar tych cech, a nie sprowadzać ideał mężczyzny do pokornego Józefa czy cukierkowego Jezusa. Przecież Jezus był też wojowniczy: rozwalił stoły przed Świątynią i zrugał handlarzy. Był prawdziwym mężczyzną.

Rzadko tak o Jezusie myślimy.

Wolimy Go widzieć jako zniewieściałego mężczyznę, który jest tak litościwy, że zachowuje się jak fajtłapa. Bycie wrażliwym nie oznacza bycia słabeuszem, który dopuszcza do nadmiernej zuchwałości i rozpasania. Niezajmowanie stanowiska, gdy komuś dzieje się krzywda, gdy naruszane są pewne zasady, to brak wzorców i tchórzostwo.

Istnieje w psychologii rozróżnienie na „syna matki” i „syna ojca”. Czy odnosi się ono do podziału na mężczyzn wojowników i mężczyzn szamanów?

W określeniach tych nie chodzi o podkreślanie więzi chłopca z którymś z rodziców. Podział ten wskazuje na cechy psychologiczne.

„Syn matki” (ale nie maminsynek) to mężczyzna z cechami androgynicznymi. najpewniej wybierze dla siebie drogę artystyczną, drogę piękna lub ścieżkę intuicji, ducha, religii. Może też pełnić funkcje opiekuńcze. jako dorosły często jest doradcą, asystentem, sekretarzem, zastępcą prezesa, ale też lekarzem lub psychologiem. Kobiece cechy będą w nim funkcjonować twórczo, pozytywnie. To, że je posiada, wcale nie oznacza, że jest niemęski. Dojrzały „syn matki” w kontakcie z mężczyznami nie ma kompleksów; nie uważa, że jest mięczakiem. Będąc chłopcem nie będzie zapewne traktował picia wódki jako etapu męskiej inicjacji, nie będzie też uczestniczył w dręczeniu słabszych w szkole, bo dla niego to prymitywne. Jest na to zbyt wrażliwy. Nie należy go za to ganić, przeciwnie – trzeba mu powiedzieć: „fajnie, że jesteś wrażliwy. nie musisz bić swoich kolegów. masz prawo być taki, jaki jesteś. Jesteś męski, bo jesteś zorganizowany, nie zawalasz, umiesz podjąć decyzję, pokonać ból. Jesteś dzielny, bo nie wpadasz w histerię, kiedy coś ci się nie uda. Nie wywyższasz się, kiedy inni są słabi”.

A co z „synami ojca”?

Tacy chłopcy są dynamiczni, lubią rywalizację, mają w sobie więcej agresji. W przyszłości będą menedżerami, sportowcami, żołnierzami. Jeśli taki maluch np. odepchnie swoją siostrę, nie należy od razu go karać i mówić mu, że jest zły. Można zwrócić mu uwagę: „No, widzę, że jesteś dzielnym wojownikiem. Ale wiesz co? To jest twoja siostrzyczka, ona jest mała. Nie bij jej. Możesz szturchać się z chłopakami albo z tatą. Zobacz, kto jest silniejszy. Ty czy on?”. W ten sposób pokażemy, że mężczyzna ma rywalizować z innymi mężczyznami. W kontakcie z nimi szukać swojej drogi, sprawdzać się i szukać indywidualnego wzorca męskości. Takie jest jego zadanie w życiu.

Czy samotna matka może dobrze wychować syna?

Może wiele zrobić, żeby syn z dziecka stał się młodzieńcem, ale do roli męskiej powinien dorastać w męskim towarzystwie. Potrzebuje kogoś, dzięki komu wybierze kierunek, w którym zamierza podążać; drogę inżyniera czy artysty. Czy matka może być mistrzem dla swojego syna? Na pewno może być mistrzem w opiece. Nawet jeżeli będzie to matka obdarzona cechami męskimi i będzie pielęgnowała w synu takie cechy, to on jako młodzieniec będzie się przed nią popisywał, choćby dlatego, żeby odwdzięczyć się jej za opiekę. A powinien popisywać się przed swoją ukochaną. Swoją dojrzałością ma służyć przede wszystkim społeczeństwu, a dopiero w drugiej kolejności matce. Moim zdaniem, do pełnego ukształtowania repertuaru męskich zachowań pod opieką matki może dojść wtedy, gdy umożliwi ona synowi szeroki kontakt z wzorcami męskich postaw.

Problem pojawia się również wtedy, kiedy w życiu chłopca jest obecny mężczyzna, ale nie jest on dobrym wzorcem męskich postaw. Co matka może zrobić w takiej sytuacji? Podam przykład. Matka jest brutalnie traktowana przez agresywnego męża, oboje więc „ćwiczą” w lekceważeniu i upokarzaniu syna, który jest wrażliwy emocjonalnie i inteligentny. Nie nadaje się do ciężkiej pracy, co jest powodem upokarzania i wyśmiewania przez całą rodzinę. Tymczasem on chce iść drogą intelektualno-duchową. Matka mogłaby powstrzymać ojca i wesprzeć syna, ale jest na to za słaba. Gdyby dostrzegła jego indywidualne cechy, wsparła jego poszukiwania i podążanie drogą, na której najlepiej sobie radzi, mógłby wypracować poczucie własnej wartości, siły sprawczej i bycia sobą.

Kiedy brakuje ojca lub ojciec jest patologiczny, wzorcem może być rozsądny wujek, mądry nauczyciel czy silny karateka z klubu sportowego, a zadaniem matki jest dać synowi oparcie przed okrucieństwem.

Na ścieżce inicjacyjnej w wymiarze męskości (tak jak i kobiecości), przejścia między etapem dziecka, młodego i dojrzałego mężczyzny powinny być w miarę czytelne. Kiedy syn zaczął jeździć na rowerze, stał się chłopcem. Kiedy złamał nogę na boisku i nie płakał, stał się młodym mężczyzną. Kiedy obronił dziewczynę przed chuliganami, stał się prawdziwym facetem. Zadaniem dorosłych jest zauważyć to. Dziś przeciętny młodzieniec przychodzący na terapię to zdezorientowany nadwrażliwy chłopiec (twardzi mają problemy z prawem). Gdy podczas spaceru z dziewczyną dostrzeże grupkę chłopców, zaczyna panikować- boi się, że zostanie napadnięty. Nie jest w stanie obronić swej dziewczyny. Jest na tyle porządny, że nie salwuje się ucieczką.

W naszej tradycji fazy rozwoju mężczyzny stają się coraz częściej rozmyte. Dlatego czterdziestoletni mężczyzna może być jeszcze dzieckiem. Jeśli w życiu chłopca ojciec czy dziadek są nieobecni, bo całymi dniami nie ma ich w domu, to gdzie chłopiec czy młody mężczyzna ma szukać wzorców męskich zachowań? W grach komputerowych?

Obserwujemy obecnie zacieranie się granic między płciami. Czy ten proces będzie postępował?

Według mnie widać już tendencje odwrotne. Co robią współcześni mężczyźni, kiedy chcą odpocząć? Uprawiają sporty, często ekstremalne. Ekspansja sportu w przestrzeni publicznej to wynik zapotrzebowania mężczyzn na wzorzec wojownika. Igrzyska sportowe są organizowane dla tych, którzy chcą ze sobą walczyć na różnych płaszczyznach, i dla tych, którzy chcą w tym uczestniczyć, choćby jako widzowie. Tak kształtujemy naszą wolę, odwagę, odporność na ból, zdolność do poświęceń, spostrzegawczość, wszystko to, czego potrzebuje wojownik. Prawdziwy wojownik nie boi się śmierci, idąc na bitwę, gotowy jest umrzeć, a to w dzisiejszym języku oznacza odnieść kontuzję, zostać pobitym, stracić oko, złamać rękę, nogę. To jest „śmierć na polu bitwy”.

Druga sprawa to wymyślanie wojen, aby walczyć z realnym czy symbolicznym wrogiem, np. z terroryzmem. Gdzieś ukrywa się terrorysta i my dopadniemy go. Nie myślimy o tym, że może się zmieni, ucywilizuje. Nie, go dopaść i pokazać, jakimi jesteśmy bohaterami. Wysyłamy naszych najlepszych żołnierzy, żeby zabili złego bandytę.

Skrajnym przejawem „wojennego” znieczulenia na śmierć jest dziś eutanazja: „Koniec, przestańmy się wreszcie litować! Oni nie pasują do naszego świata, niech umierają”. I nie zdarza się to na wojnie, ale w czasach pokoju.

Mamy być dla siebie mili, uśmiechnięci, tolerancyjni, więc gdzieś ta nasza wewnętrzna agresja musi znaleźć ujście…

Właśnie o tym mówię. Od czasu do czasu słyszymy o tym, jak młody chłopak zabija uczniów i nauczycieli w szkole. Kto to jest? To wojownik, który nie został wtajemniczony w walkę o wyższe cele, nie zasymilował agresji, nie potrafił zrobić z niej dobrego użytku. Chciał postrzelać i zemścić się, więc to zrobił. Pokazał przy tym, że nie boi się śmierci, bo w końcu (tak z reguły bywa) popełnił samobójstwo. To wyraz buntu przeciwko kulturze litości i roztaczania nad wszystkimi parasola ochronnego. Dbamy o prawa przestępców, o to, żeby narkomani byli zaopatrzeni w narkotyki, wydajemy mnóstwo pieniędzy na tzw. walkę z alkoholizmem, a nie wspieramy w rozwoju chłopców i młodzieńców, którzy chcę być dojrzałymi mężczyznami – wojownikami i szamanami. Zaniedbujemy twórczość i indywidualność. Nawet jeśli to piękne, faworyzujemy w rodzinie i społeczeństwie tych, którzy nie radzą sobie z życiem. Ale wcześniej nie pokazaliśmy im, kogo mają naśladować.

Co zrobić z tkwiącą w nas agresją?

Po pierwsze, nie tłumić jej. Ona jest pierwotnym wyrazem życia i narzędziem zdrowej rywalizacji. Każdy z nas potrzebuje pewnej agresywności do obrony przed agresją patologiczną. Zdrowa agresja uczy rozróżniać, co jest białe a co czarne, uczy definiować cele i wkraczać odważnie w przyszłość. Po drugie, wyrażać i nazywać to, co rozpoznajemy w nas jako złość. Pamiętajmy, że znaczna część agresji to wynik naszych frustracji na drodze realizacji pragnień i celów. Mówienie o złości jest jedną z form ekspresji, a zarazem sposobem jej asymilacji. Agresję możemy wyrazić też w działaniu, przez sport i pracę fizyczną. Ludzie, którzy kochają wysiłek i potrafią skoncentrować się na samej pracy, a nie jej wyniku, mają mniej agresji „wolnej”, bezproduktywnej. Kontakt z naturą gasi wewnętrzne i uczy pokory wobec nieskończoności. Cywilizacja miejska opiera się na kulturze hałasu i agresywności. Popatrzmy na kontrast między wrzaskiem ulicy a ciszą lasu czy ciszą klasztorną. Ludy leśne, rolnicze czy pasterskie są spokojniejsze, gdyż milczenie jest w ich życiu obecne na co dzień – to przykład zdrowej asymilacji pokładów agresji. Jeśli zaakceptujemy pewną dozę agresji w sobie, w rodzinie i społeczeństwie, tworzymy pole do jej kształtowania. Możemy oceniać sposoby jej wyrażania, granice między agresją obronną i rywalizacyjną a agresją patologiczną. Możemy wybierać indywidualne wzorce wyrażania agresji, które nie naruszają granic drugiej osoby i nie naruszają naszego zbiorowego wzorca walki. Agresja kształtuje psyche i etos wojowników, którzy są dzielni i zdecydowani w świecie zewnętrznym, jak też staje się paliwem mocy wewnętrznej, która rodzi mistrzów siły psychicznej i wojowników ducha.

Każda epoka i każda kultura musi sobie poradzić z agresją destrukcyjną, która niszczy i zabija nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie i duchowo – odbiera ochotę do życia, wiarę w sens przyjaźni, miłości oraz dobro czy pragnienie rozwoju. Hindusi wypracowali jogę, Chińczycy tai chi, Japończycy karate i aikido a tradycja Zachodu: etos rycerski oraz kontemplację na pustyni czy w cichym klasztorze.

*dr Zenon Waldemar Dudek – psychiatra, zajmuje się problemami psychologii kultury, psychologią głębi. Redaktor naczelny kwartalnika „ALBO albo. Problemy psychologii i kultury”.

źródło http://m.deon.pl, ilustracja Jan Różański